Iwona Blecharczyk: Tryb podróży

Tym razem zabieramy Was w podróż po współczesnym marketingu, branży transportowej oraz emocjach, które towarzyszą na dalekich trasach. Za kierownicą Trucking Girl, czyli Iwona Blecharczyk.

Czy zima jest mocno upierdliwa dla kierowców?

Na to wygląda. Zwłaszcza, gdy jestem w podróży. Beemki postawione w poprzek to zadziwiająco regularny element zimowego krajobrazu naszych dróg. Choć trzeba przyznać, że te nowsze auta z tylnym napędem są wyposażone w szereg systemów i zabezpieczeń. Dziś już nie tak łatwo zakręcić bączka na lodowatej nawierzchni.

Piruet pomiędzy Strykowem i Łodzią może być zarówno spektakularny, jak i niebezpieczny. Zwłaszcza w kontekście ciężarówek.

Ciężarówki to zupełnie inny świat. Prowadzenie takiego pojazdu w porze zimowej jest bardzo ryzykowne – zwłaszcza, gdy przyczepa jest pusta. Do tego dochodzą swego rodzaju złośliwości – na przykład zamarznięta plandeka. Trzeba być mocno skupionym i mieć w sobie sporo cierpliwości, żeby realizować duże transporty w okresie zimowym. Na wysokości Strykowa również.

Czym się zajmowałaś przed epoką transportową?

Byłam nauczycielką. Bardzo sfrustrowaną i nieszczęśliwą, bo od dawna wiedziałam, że chcę prowadzić duże auta. Problem w tym, że przez długi okres nikt mnie nie chciał zatrudnić. Z jednej strony była trudna sytuacja rynkowa, a z drugiej – swego rodzaju nieufność względem młodych – niedoświadczonych kierowców. Gdy dodasz do tego fakt, że jestem kobietą, to szansa na znalezienie pracy w tym zawodzie była wtedy praktycznie niemożliwa.

Fot. Artur Mulak

Odpadałaś w trakcie rozmów kwalifikacyjnych z uwagi na fakt, że jesteś dziewczyną?

O ile w ogóle doszło do rozmowy kwalifikacyjnej. W tamtym czasie takie rozmowy mogłam zliczać na palcach jednej dłoni. Na jednej z nich właściciel niewielkiej firmy transportowej powiedział mi wprost, że zaprosił mnie tylko dlatego, żeby na własne oczy ujrzeć dziewczynę, której strzelił do głowy pomysł związany z prowadzeniem tak dużego auta. W innej firmie pani odpowiedzialna za proces rekrutacyjny zakomunikowała, że ona to by w sumie bardzo chciała mnie zatrudnić, ale żaden chłop nie będzie chciał przeprowadzić ze mną szkolenia.

Aż się udało i zajęłaś się zawodowo truckingiem, a nieco później również marketingiem. Jak doszło do połączenia tych dwóch światów?

Gdy już zaczęłam pracować w tym fachu miałam w sobie mnóstwo entuzjazmu. Nie ukrywam, że próbowałam nim obdzielić cały świat – ze szczególnym uwzględnieniem moich bliskich, którzy w pewnym momencie mieli serdecznie dość tych wszystkich opowieści z trasy. A potrzeba dzielenia się przygodami wciąż we mnie tkwiła. Wtedy zaczęłam szukać społeczności. Ludzi, którzy rozumieją, że to nie tylko praca, ale przede wszystkim pasja.

Pasjonatów najłatwiej znaleźć w sieci.

W moim przypadku zaczęło się od Facebooka, którego uruchomiłam na jakiejś belgijskiej prowincji. Wrzuciłam fotkę z ciężarówką i krótkim komunikatem, że kolejnym przystankiem na mojej trasie jest Hiszpania. Wyruszyłam w drogę, a gdy po kilku godzinach dopadłam do internetu okazało się, że moja publikacja wygenerowała ponad 2000 reakcji. Wsiąkłam w to. Zaczęłam częściej publikować, a zasięgi rosły w jakimś kosmicznym tempie. W komentarzach pod moimi publikacjami pojawiło się wiele próśb o formy wideo. Problem w tym, że musiałabym realizować filmiki na poziomie jakości kalkulatora. Wolałam tego uniknąć, więc po kilku miesiącach zainwestowałam w aparat cyfrowy i opublikowałam pierwszy film, który stał się viralem.

Jakie to uczucie? W przestrzeni kilku czy kilkunastu minut stać się kimś popularnym?

W pierwszej chwili przestraszyłam się tego. Zaczęli dzwonić do mnie dziennikarze z różnych stacji telewizyjnych i portali. Miałam nawet taką myśl, żeby wszystko to zamknąć. Z drugiej strony miałam świadomość, że to nie przytrafia się każdemu i że może warto tę szansę wykorzystać.

Poza tym mój charakterek. Jak się czegoś podejmuję to chcę to realizować do końca. Cały czas mam potrzebę rozwijania siebie w obszarach na których mi zależy. Dotyczy to zarówno truckingu, jak i marketingu.

Łączenie tych obszarów jest trudne?

U mnie zawsze na pierwszym miejscu jest praca kierowcy. Publikacje z nią związane to efekt zadań, które wykonuję. To musi być naturalne. Trudno mi wyobrazić siebie w postaci kreatorki zmyślonej postaci. Gdy patrzę na internetowych twórców, którzy generują fikcyjną postać w pogoni za klikami, zastanawiam się czy to się nie skończy u nich depresją. Moi odbiorcy doceniają autentyczność. Zwłaszcza inni kierowcy. Wielu z nich mówi mi, że filmy i publikacje, które prezentuję są dla nich pewnym rodzajem motywacji. To bardzo miłe i budujące.

Fot. Artur Mulak

Czy kierowca prowadzący tego typu pojazdy lubi samotność?

Przynajmniej trochę musi ją lubić. Ważne jest, żeby z tą lubością nie przegiąć, bo w naszej branży zjawiska takie jak depresja czy wypalenie zawodowe są czymś powszechnym. Część kierowców woli samotne podróże, ale są też tacy, którzy jeżdżą w podwójnej obsadzie. W kabinach można także spotkać dużą ilość małżeństw czy par.

Masz metody na poczucie samotności?

Zanim uruchomię silnik – najpierw uruchamiam tak zwany mentalny tryb podróży, który dla mnie jest czymś w rodzaju misji. W pewnym momencie przyzwyczajasz się do tej niewielkiej kabiny i zaczynasz w niej funkcjonować w naturalny sposób. Wspomniałam Ci o tym, że to moja pasja. Dla mnie ciężarówka jest narzędziem, który wywołuje pozytywną adrenalinę i pozwala zobaczyć kawał świata.

Z drugiej strony to ciężka robota. Potrafi dać w kość, prawda?

Zmęczenie materiału to naturalna konsekwencja długich podróży. W pewnym momencie organizm zaczyna wysyłać konkretne sygnały. To znak, że trzeba odpuścić. W takich chwilach planuję podróż w sposób, który umożliwia mi zjazd do jakiegoś fajnego hotelu z pięknym widokiem za oknem. Regeneracja jest tu ważnym czynnikiem.

Nie wszyscy zdają sobie sprawę z wyzwań z którymi się borykacie jako kierowcy.

Jeśli ktoś uważa, że ta praca jest lekka i przyjemna, bo siedzimy w komfortowej kabinie i zarabiamy niezłą kasę to prawdopodobnie nigdy nie był na pokładzie trucka. Mierzymy się z wieloma problemami – chociażby w kwestiach infrastrukturalnych, o których mówię regularnie na międzynarodowych konferencjach.

Fot. Artur Mulak

Pogadajmy o branży transportowej w Polsce. Jak ją oceniasz?

Branża transportowa w Polsce jest profesjonalna i nowoczesna. Mamy wielu świetnych specjalistów i dotyczy to wszystkich poziomów tej branży. Podobnie jest z kierowcami. Odnoszę wrażenie, że polscy kierowcy w porównaniu do tych z zachodu Europy są bardziej efektywni. Mają więcej motywacji i zapału, są bardziej pracowici.

Brzmi jak laurka. Uważam, że powinniśmy znaleźć choć jedną wadę dla dobra tej publikacji.

Racja. Hm… Przyczepię się do tego, że w mniejszych firmach transportowych brakuje edukacji na poziomie biznesowym. Założenie i wprawienie w ruch przedsiębiorstwa transportowego wydaje się banalne – certyfikat, kredyt, fura, zlecenie i trasa. W teorii jest to bardzo proste, dlatego tych przedsiębiorstw jest w Polsce ponad 10% względem całej branży. Niestety – część z nich funkcjonuje na poziomie biznesowym w sposób przeciętny.

Rozumiem, że Twoja firma była efektem pogłębionych analiz i jasnej strategii?

No coś Ty. Nie zamierzam ściemniać. Założenie firmy w moim przypadku było po prostu porywem serca. Gdy odbierałam ciężarówkę z parkingu dealerzy pytali mnie o ilość zleceń transportowych. W tamtym momencie nie miałam żadnego. Jedyne co miałam to nikłe pojęcie na temat ich pozyskania i mnóstwo obaw.

Magia marki osobistej nie zadziałała?

Wprost przeciwnie. Potem się okazało, że ludzie z firm transportowych wyobrażają sobie na temat współpracy ze mną Bóg wie co. Że skoro jestem popularna w internetach, to muszę mieć jakieś niebotyczne stawki i tym podobne – błędne założenia. Musiałam się nauczyć tego, aby wyjść do klientów. To było dla mnie kolejne duże doświadczenie.

W jakimś sensie borykałaś się z problemami o których mówisz w kontekście biznesowej edukacji. Co było dla Ciebie największym kłopotem w tej wstępnej fazie?

Papierologia, czyli mój koszmar. Prowadząc firmę transportową i realizując działania marketingowe tkwisz w milionie tabelek, które są uzupełnione przeróżnymi liczbami. Presja związana z uporządkowaniem tego wszystkiego była dla mnie prawdziwym koszmarem. Nad tym aspektem musiałam mocno popracować.

Fot. Artur Mulak

Wiem również, że jesteś zaangażowana w wiele inicjatyw związanych z transportem.

To prawda. Przede wszystkim od wielu lat staram się nagłaśniać problemy infrastrukturalne z którymi zmagamy się jako kierowcy. Choćby brak dostępu do wody i toalet oraz kiepski poziom utrzymania ich czystości – to problemy o których mówi się bardzo rzadko. Dotyczy to wielu europejskich krajów, dlatego staram się o tym mówić podczas międzynarodowych konferencji. Od jakiegoś czasu dokumentuję swoje obserwacje infrastrukturalne – w ten sposób narzucam jakąś presję na osoby decyzyjne. Sama dobrze wiem, że nic nie wymusza zmian tak jak rankingi i oceny.

Co konkretnie robisz w tej kwestii?

Obecnie jesteśmy w trakcie tworzenia aplikacji, która będzie umożliwiała dokumentowanie infrastruktury transportowej. Jej działanie będzie oparte o możliwość wymiany aktualnych informacji w kontekście stanu konkretnych toalet, pryszniców czy parkingów. Ale będzie również możliwość określenia innych obszarów – między innymi zbliżonego czasu danego załadunku i wyładunku. Również na tej podstawie kierowcy będą mogli tworzyć rankingi, które ułatwią oraz usprawnią proces transportowy. Właśnie wyłoniliśmy firmę, która przygotuje apkę. To spora inwestycja, ale bardzo potrzebna, dlatego mamy w planach rozkręcenie akcji crowdfundingowej.

A skoro już mowa o inicjatywach, w które chcę angażować naszą społeczność – zapraszam do sklepu „Super Trucker”, w którym można nabyć unikalne kalendarze z fantastycznymi ujęciami autorstwa Artura Mulaka. Dochód z ich sprzedaży zostanie przeznaczony na wsparcie trzech kierowców zawodowych: Renaty, która potrzebuje operacji i nowej protezy, oraz Jakuba i Tomka, którzy doświadczyli poważnego wypadku podczas wykonywania swoich obowiązków. Ich sytuacje przypominają, że każdy z nas, pracując w tej branży, może znaleźć się w podobnym położeniu i potrzebować pomocy.

Na koniec nie mogę nie zapytać o święta. Jak je spędzasz?

Tak jak zwykle, czyli u rodziców na Podkarpaciu. Praktycznie każdego roku spotykamy się tam na rodzinnej wigilii. Święta na Podkarpaciu to rodzinna atmosfera, suto zastawione stoły i mnóstwo kolędowania. Życzę wszystkim, aby zarówno święta, jak i nadchodzący rok płynęły w atmosferze bliskości i spełniania marzeń.

  • Tekst: Mateusz Marciniak
  • Zdjęcia: Artur Mulak
Poprzedni artykuł

Mój Gdańsk 2023. Wyłoniono najlepsze zdjęcia!

Następny artykuł

Gwiżdże, Purtk i zupa brzadowa

powiązane artykuły
Total
0
Share